Kilka słów o mnie

Bieganie to moje życie...

Bieganie to moje życie...

Dolegliwość, na którą choruję, to porażenie mózgowe. Do 9 roku życia w ogóle nie chodziłem. Lekarze nie dawali mi żadnej gwarancji, że będę się jako tako poruszał. Rozpocząłem więc nauczanie indywidualne w domu. Dwa razy w tygodniu przychodziła do mnie nauczycielka. Od trzeciej klasy chodziłem do szkoły podstawowej specjalnej w Policach. Tam właśnie do uprawiania sportu i biegania zachęcił mnie jeden z wychowawców, Janusz Chmielewski.
Trenowałem w polickich lasach prawie codziennie. Wystartowałem w swym pierwszym biegu na Wałach Chrobrego w Szczecinie, potem w Policach. Mam bardzo miłe wspomnienia z pobytu w tym mieście. Jak jest tam jakaś impreza, chętnie jadę.
Sport stał się moją pasją. Gdyby nie on, mógłbym się stoczyć na dno. Uważam, że każdy w miarę swych możliwości powinien uprawiać sport, mieć jakiś cel w życiu. Bieganie jest dla mnie najlepszą formą życia. Pod koniec 2001 roku miałem spotkanie z uczniami Zespołu Szkół Ponadpodstawowych w Kłodawie. Pokazałem młodzieży, że będąc w takim stanie można również wiele osiągnąć. Zostałem bardzo serdecznie przyjęty przez Dyrektora Jerzego Markowskiego i grono pedagogiczne. Ufundowano mi kule, za co jestem bardzo wdzięczny, gdyż ten sprzęt szybko się niszczy.
Biegam bowiem długie dystanse – 10, 15 i 25 km. Biorę często udział w zawodach, organizowanych na terenie całego kraju. Zdobyłem ponad 200 pucharów, medali i dyplomów. To, co robię, jest moim sposobem na życie. Ale to, niestety, kosztuje. Nie mam żadnego sponsora. Od czasu do czasu otrzymam jakieś wsparcie. Byłbym bardzo wdzięczny, jeśli ktoś mógłby mnie wspomóc w nowym sezonie sportowym, abym mógł trenować i startować, a tym samym poznawać kraj. Za dotychczasowš życzliwość serdecznie dziękuję.

Zbyszek Stefaniak

Zbyszek Stefaniak, mieszkaniec wsi Gąsiorów, położonej niedaleko Łęczycy w centrum Polski.
Biegacz, a może chodziarz o kulach, czyli człowiek, czyli sportowiec poruszający się pomimo prawie całkowicie niesprawnych nóg, o własnych siłach, chodzący o kulach, czyli na rękach?
Mógł jeździć na wózku, ale miał to szczęście, że w przeciwieństwie do wielu innych, którzy nie mieli tego wyboru, aby włożyć trud, wysiłek i nauczyć się przemieszczać swe ciało przy użyciu rąk, kul, a także nóg, które są aktywne, a więc rehabilitowane na tyle, na ile to tylko możliwe.

Jako dziecko o dużej energii, mimo swoich ograniczeń chorobowych, był bardzo ruchliwy. Chyba samo chodzenie nie wystarczyło. Potrzebował czegoś więcej.
Tu znów miał szczęście. W szkole w Policach spotkał Pana Janusza Chmielewskiego, który zachęcił go do biegania. Zaczął biegać dla zajęcia, biegać dla ruchu, dla kondycji, wreszcie biegać dla sportu.
Spotkały się dwie właściwe osoby – wychowawca i uczeń. Wychowawca wskazał budującą drogę, uczeń podążył nią z talentem i zapałem.
Od dziesięciu lat trenuje bieganie w samotności, ale uczciwie, z całym zaangażowaniem. Nie szkodzi, że wytykają go palcami, śmieją się, gdy przemierza po kilkanaście kilometrów dziennie po okolicach swej podłęczyckiej wioski. Zawsze – w skwar, zawieruchę czy siarczysty mróz.
Osłodą dla niego są wyjazdy na biegi amatorskie, organizowane w całej Polsce i nie tylko. Jeździ wszędzie, według ogólnopolskiego kalendarza imprez – na maratony, półmaratony, biegi integracyjne – do Warszawy i Rudnika, do Krakowa i Kudowy, do Brna i Florencji, Międzyzdrojów i Paryża.
Zawsze wcześniej dzwoni i pyta organizatorów, czy go przyjmą, bo wprawdzie ma legitymację zdrowotną sportowca, ale nie ma dla niego kategorii w żadnym biegu. Czasami jest kategoria sprawnych inaczej i do tak ogólnej pasuje.
A przecież ma duszę zapalonego sportowca.Ponieważ ciągle nie spotyka takich, jak on, którzy chcieliby biegać o kulach wytrwale, startować, konkurować, musi ścigać się sam ze sobą, zmagać się z czasem, z pokonaniem dystansu półmaratonowego, nie oszczędzając się ani na trochę, zawsze dając z siebie wszystko.
Wygrywa na tych biegach, startując i zawsze dobiegając do mety, zdobywając medale, puchary, dyplomy honorowe. Są dowodem uznania za sprawność, determinację, za wykonanie, mimo swoich innych możliwości, sportowego zadania. Wtedy jest wśród ludzi. Nie wytykają go palcami, jak w jego wsi. Cieszą się razem z nim, gratulują wytrwałości, siły, ale także pogody ducha, życzliwego usposobienia.
Jest grono osób wśród biegaczy, i tych zdrowych, i niepełnosprawnych, z którymi można przez kilka godzin wspólnie pobyć, pożartować, podzielić się tym, co w życiu słychać. To dla samotnego Zbyszka wielka wartość…
Dla każdego z nas wartością jest być w grupie społecznej. Zbyszek chciałby być sportowcem, który może konkurować. Biegania o kulach nikt dotąd nie uznał za dyscyplinę sportową. Może dlatego nikt nie zdecydował się zachęcić niepełnosprawnych z niesprawnymi nogami do biegania o kulach, a więc do poruszania się, także w życiu, tylko o kulach, bez wózka. Może to jest to, co warto zmienić. Może dzięki takim przykładom wiele osób sprawdziłoby, że można wytrenować ręce. Że można poruszać się w ten sposób, by zyskać niezależność.
Zbyszek nadal marzy o sporcie zawodniczym, o bieżni, rywalizacji, o mistrzostwach. Z pewnością może być przykładem dla wielu, którzy dzięki niewielkiej przychylności losu mogą wybrać kule w miejsce wózka.
Sportowcem potrzebuje być także dlatego, że najbardziej chciałby podstawowej opieki finansowej, by mógł trenować i skromnie, ale spokojnie żyć, zamiast nieustannie poszukiwać sponsorów. Do biegania potrzebne mu są buty, kule, dresy, bilety na przejazd, gdy startuje w Polsce i na świecie.
Jak dotąd, sport go nie chce, bo jest ewenementem, robiąc coś, czego inni się nie podejmują. Więc trenuje według swego ukochanego, albo jak inni twierdzą, wypaczonego pomysłu. Na swoje życie i treningi zbiera wszelkie możliwe środki – od firm, w zamian za reklamy na swoich strojach, w których startuje, od ludzi podczas zawodów, gdy kwestuje, prezentując trofea sportowe. Ze wszystkich sił, w możliwe dla siebie sposoby, stara się zdobyć dla siebie środki materialne, by móc robić to, co ukochał – trenować bieganie.
W środowisku sportowców jego sposoby na uzyskiwanie finansowego wsparcia często uznawane są za zachowania niesportowe. Jest wielu, którzy mają mu to za złe i najdelikatniej mówiąc, nie darzą go za to sympatią.
Ale on wie, że musi z tym żyć, że nie ma wyboru, bo nie znalazł dotąd innego sposobu na zapewnienie sobie tego, co niezbędne. Wie też, że ma wobec siebie obowiązek pokazywać się wszędzie, aby dostać równe szanse ze sportowcami przez duże „S”. Wierzy, że wreszcie spotka tych, którzy mu pomogą zrealizować jego marzenia o wygranych, o przyznaniu mu kategorii sportowca, o znalezieniu w Polsce i na świecie sportowców takich, jak on, o dawaniu przykładu młodym, by trenowali jak on.
Tymczasem patrząc na to, jaką drogę życia wybrał, na wytrwałość, pogodę ducha i przedsiębiorczość, można mówić, że z pewnością jest Człowiekiem, przez duże „C”.

Janusz Jankowski